X
Najpierw wiedza, potem rzezba
Najpierw wiedza, potem rzezba
W Bieszczadach z wódką OSTOYA

Moje ulubione łono to łono natury

Chcesz dostać prezent od Łysego? TAK NIE

Niedawno dotarło do mnie, że nie byłem na wakacjach od kilku lat. Nie mówię tu o jakimś mniejszym lub większym wyjeździe. Chodzi mi o taki wypad, w trakcie którego można naprawdę „odetchnąć” i odseparować się od całego świata. Latami byłem zaangażowany w różne sprawy. Najpierw studia, przez pewien czas nawet dwa kierunki. Żeby zapewnić sobie byt walczyłem o stypendia (dwa razy udało mi się dostać Stypendium Ministra), potem uczenie prywatnie matematyki. Kiedy sięgnę pamięcią wstecz, to miewałem dni, że wstawałem o 8 rano i kończyłem wszystkie zajęcia i pracę o 20. Całe dwanaście godzin, po których nie wiedziałem jak się nazywam. Po tym bardzo intensywnym okresie zacząłem pisać tego bloga. Jego początki dla mnie były równie angażujące. Potrafiłem siedzieć nad nim całymi nocami. Odrywałem się od otaczającej mnie rzeczywistości koncentrowałem się tylko na tym. Mówiąc prościej: mam tendencję do popadania w pracoholizm.

Najpierw wiedza potem rzezba

Ostatnio moja psychika sama zaczęła się domagać sprawiedliwości za te intensywne parę lat. Rzadziej piszę, więcej trenuję, a po godzinach gram z kumplami w Diablo. „Wylogowałem się do życia”, nie licząc tej ostatniej rozrywki.

18 września, mniej więcej trzy lata od założenia “Facetem jestem i o siebie dbam” miałem wreszcie okazję przeżyć prawdziwe wakacje. Na zaproszenie marki Ostoya wyjechałem w Bieszczady. Wybór tego regionu Polski był nieprzypadkowy. Bowiem inspiracją do powstania wódki Ostoya była niczym niezmącona natura Bieszczad, życie bez pośpiechu i spokój, dzięki któremu można prawdziwie odetchnąć. Wizyta w Bieszczadach miała też drugie dno gdyż stamtąd pochodzi pszenica do produkcji tej wódki. Dzięki temu można ją nazwać prawdziwie Polską Wódką, czyli taką która produkowana jest wyłącznie na terenie naszego kraju i z tradycyjnych składników uprawianych na terenie Polski. Wracając do rzeczy: nie miałem zielonego pojęcia, co będzie czekać mnie na miejscu. Myślałem, że będzie to jeden z wielu blogersko-prasowych wyjazdów z marką. Rozumiecie: miło, przyjemnie, plus okazja, żeby spotkać się ze znajomymi z branży. W przypadku wyprawy w Bieszczady (głównie za sprawą ich piękna) wszystko wyglądało inaczej.

Jak to wszystko się zaczęło

Podróż rozpoczęliśmy od lotu samolotem z Okęcia do Rzeszowa. Trzeba było pojawić się o 6:30 na lotnisku, a jako, że jestem raczej nocnym markiem, to zastosowałem starą technikę. Tzn. skoro wiem, że nie dam rady wstać tak rano to w ogóle nie położę się spać. Wieczorem wpadł do mnie Łukasz Podliński i zrobiliśmy sobie nockę w Diablo 3… Tym razem jednak nie był to najlepszy pomysł, bo potem chodziliśmy jak zombie. Próby odespania w samolocie, a później w busie spełzły na niczym. Przynajmniej na lotnisku byliśmy przed czasem. Zawsze się spóźniamy, a tym razem czekaliśmy na wszystkich.

Widok chmur z samolotu
Uwielbiam latać samolotami, najbardziej lubię moment startu i kiedy czuję jak wciska mnie w fotel. Nie zawsze można oczekiwać fajnych widoków zza okna ale tym razem się poszczęściło. Oczywiście z moimi zdolnościami do robienia zdjęć nie wyszło to tak jakbym chciał. Odnośnie chmur, przypomina mi się zabawna historia z Izraela. Jakiś czas temu kiedy ten kraj nękały potężne susze, grupa rabinów poleciała samolotem, żeby się modlić. No bo Bóg mieszka w chmurach, to lepiej usłyszy. :D

Zagroda Magija

Po całej przeprawie z samolotem i busem, dotarliśmy do miejsca docelowego, do „Zagrody Magija”. Nie wiem właściwie skąd wzięła się ta nazwa, w każdym razie to, co warto wiedzieć o tym miejscu, to to, że domy znajdujące się w tej zagrodzie zostały przeniesione z innych miejsc w Bieszczadach. Zresztą rzućcie okiem na zdjęcia, które wziąłem ze strony internetowej zagrody. Sielko i anielsko.

Zagroda Magija - zdjęcia
Widokówki z „Zagrody Magija”. Więcej zdjęć i informacji znajdziecie na ich stronie internetowej.

Jeśli mieszkacie w mieście, to pewnie dawno nie widzieliście jak naprawdę wygląda niebo nocą. Jedną z najprzyjemniejszych czynności w trakcie wyjazdu, było wylegiwanie się na leżaku nocą i patrzenie w gwiazdy. Nie widziałem żadnej spadającej, w przeciwieństwie do reszty. Ale czuję, że mnie wkręcali, bo jakim cudem oni widzieli 5-6 spadających gwiazd a ja żadnej?

Powitanie w Zagrodzie Magija
A tak zostaliśmy powitani w „Zagrodzie Magija” przez markę OSTOYA. Leżaki, drinki i słońce. To taka alternatywna wersja wina, kobiet i śpiewu.

Widzę światełko w tunelu

Łupków, koniec świata. Niefunkcjonująca stacja kolejowa i tunel z niezwykłą historią. Był budowany i odbudowywany kilka razy. Najpierw zbudowano go pod koniec XIX wieku (po licznych problemach). Następnie do gry weszły obie Wojny Światowe. W 1915 roku tunel został uszkodzony przy wycofywaniu się wojsk austro-węgierskich. W trakcie II WŚ w 1939 Polacy zniszczyli tunel, żeby armia niemiecka nie była w stanie go wykorzystać. Niemcy odbudowali go w 1943 roku. Zaś rok później, kiedy siły III Rzeszy wycofywały się przed Armią Czerwoną, postanowiono znowu zniszczyć tunel. Po wejściu wojsk radzieckich postanowiono natychmiast zająć się tą trasą ale nie podjęto odbudowy tunelu, tylko poprowadzono tory górą. Jednakże takie rozwiązanie przyczyniło się do tragedii i postanowiono przywrócić tunel do życia. Doszło do tego na przełomie lat 1945-1946. Do dziś na tunelu znajdują się uroczyste napisy (między innymi po rosyjsku), coś w stylu „Co niemiecka rzesza zniszczyła, bratnia Rosja odbudowała”. Tyle tej szalonej historii. My zaś w planie mieliśmy dotrzeć ze stacji w Łupkowie do tunelu. I tak szliśmy i szliśmy po szynach w nieskończoność. W trakcie zrobiłem małe wyliczenie, z którego wynikało, że łączenia na torach dzieli jakieś 400 metrów. Nie mam pojęcia w jaki sposób oni kładli takie długie szyny.

Łupków - szyny
Tak wygląda koniec świata.

Nie wiem ile czasu zajęła nam droga ze stacji do tunelu, ale ja się cieszyłem, bo przecież liczyły mi się kroki w telefonie. :D

Tunel Łupków
Matusz pozuje, myśli, że będzie brylował w Top Model. Nie psujcie mu marzeń w komentarzach!

Bieszczadzki Park Narodowy

Jeśli chcesz być prawdziwym Polakiem… Przechodząc do meritum, odwiedzenie Bieszczadzkie Parku Narodowego, powinno być na wszystkich listach turystycznych o Polsce pod znakiem „must-go”. Za takimi postulatami najlepiej zawsze przemawiają zdjęcia (poniżej macie kolaż fotek). Trzeba wziąć pod uwagę, że akurat udało nam się niezwykle z pogodą ale Bieszczady są również przepiękne zimą (polecam rzucić okiem chociażby tutaj). W Parku spędziliśmy chyba cztery godziny, zaś telefon mi oszalał. Wyliczył, że zrobiłem 145 pięter. I jeszcze mała „śmiesznostka” na temat Parku Narodowego. Zgadnijcie czego reklama znajduje się na odwrocie biletu? Nie wypowiem nazwy marki ale wiecie: powiększony zestaw z colą…

Bieszczadzki Park Narodowy - kolaż zdjęć
Oczywiście Podliński nie mógł się obyć bez robienia selfie.

Drugi koniec świata

Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w dużym mieście. Żyjecie jak wszyscy, w pośpiechu, macie swoje „miejskie obowiązki”, pracę, korki, smog. Pewnego dnia decydujecie to wszystko rzucić i… zbudować domek na kompletnym odludziu i żyć na łonie natury. Brzmi jak bajka ale w trakcie wyprawy do Bieszczad poznałem ludzi, którzy tę bajkę urzeczywistnili. To dodało mi otuchy, że moje emeryckie marzenie kiedyś się spełni. Mój plan na starość jest taki: zamieszkać na bezludnej wyspie. Być świątobliwym staruszkiem, do którego ludzie będą przychodzić po radę. No i będą płacić żarciem.

Stadnina Stary Łupków
Stadnina Stary Łupków – drugi koniec świata.

Kasia i Andrzej, ukończyli Akademię Wychowania Fizycznego i przez ponad 10 lat uczyli w krakowskich szkołach. Opuścili Kraków i postanowili zamieszkać (co tu kryć) w dziczy. Zresztą widzicie zdjęcia powyżej. Jeden świerkowy dom na totalnym odludziu, który (nie bez trudów) udało im się wybudować w 2009 roku. Czasem do ich zagrody koni przybywa wataha wilków, ale na szczęście konie potrafią się skutecznie bronić. O dziwo jakimś cudem mają internet i (niestety) telewizję. W ich domu znajdują się również pokoje gościnne po śmiesznie niskiej cenie za noc: 20zł (ale niełatwo do nich dojechać). Może wizyta tam, to dobry pomysł na jakiś wspólny romantyczny wypad na łono natury? Magiczne miejsce i ludzie, polecam.

Łysy i koń w stadninie Stary Łupków
Od lewej: koń, ja, drugi koń (w sumie „łyse konie”), pani Kasia.

Wilcza Jama i Wataha

Oglądaliście serial „Wataha”? Jeśli tak, to gdybyście odwiedzili karczmę „Wilcza Jama” uroilibyście kilka kropel łez. To jedno z miejsc, w których kręcony był ten kultowy polski serial (który niestety nie doczekał się drugiego sezonu i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić). W „Wilczej Jamie” możecie skosztować dziczyzny, ja próbowałem jej chyba po raz pierwszy w życiu. O ile sarna smakowała całkiem nieźle, to dzik już nie do końca (ma strasznie twarde mięso o specyficznym smaku).

Karczma Wilcza Jama
Wnętrze karczmy „Wilcza Jama” zapiera dech w piersiach.

Ruska bania

Zestawienie słów „ruska” i „bania” nasuwa pewne skojarzenia, w kontekście tego o czym będę pisać są one poniekąd uzasadnione. Ale żarty na bok. Ruska bania to rodzaj łaźni (czy też „sauny”). Właściwie nie wiem do końca na czym polega istotna różnica między ruską banią, a klasyczną fińską sauną. W ruskiej bani po prostu podgrzewa się kamienie korzystając z tradycyjnego pieca (polewa się również kamienie wodą). Buduje się je (zazwyczaj) jako osobne małe domki. W każdym razie, w trakcie imprezy pożegnalnej (w przeddzień wyjazdu) gospodarze Zagrody Magija zaproponowali nam wizytę w ruskiej bani, która znajduje się na ich posesji. Byłem chyba pierwszym chętnym, bo jestem miłośnikiem wszelkiego rodzaju saun. W tym przypadku był też mały haczyk (który mnie dodatkowo rajcował), schładzanie po wizycie w bani miało odbywać się w lodowatym bajorku nieopodal, no i rzecz jasna na golasa.

Drink wódka OSTOYA
Na imprezie pożegnalnej mieliśmy możliwość spróbować różnych drinków z wódką OSTOYA. Z drugiej strony przed wizytą w jakiejkolwiek saunie powinno się unikać spożywania alkoholu. Dlatego zanim ruska bania się nagrzała, postanowiłem ograniczyć drinki do minimum.

Wizyta w ruskiej bani, połączona z kąpielą w lodowatym bajorku okazała się niezwykle udana. Było to chyba najprzyjemniejsze uczucie, którego doświadczyłem w trakcie tego wyjazdu. Po zakończeniu tego spontanicznego szaleństwa czułem się jak nowo narodzony. Do tego doszła masa zabawnych sytuacji, zwłaszcza kiedy szliśmy się schłodzić i padały różne zdania w stylu „- Ale mi zmalał!”, „No chyba nie bardzo!”. Jak również prośby dziewczyn „- Nie patrzcie, kiedy będziemy wychodzić!” (wychodziło się po drabinie, no i nago). Ja spojrzałem, stwierdziłem, że przecież bez okularów i tak niczego nie widzę. Poza tym, Matusz chyba pierwszy raz w życiu był w saunie (samolotem też pierwszy raz leciał, więc sporo miał tych pierwszych razów teraz). Kiedy z nim wszedłem do bani (Podliński wtedy spał i musieliśmy po niego dzwonić, spał bo był zmęczony, tak dla jasności) przeraził się jakby zobaczył ducha. W nieparlamentarny sposób zakomunikował, że mu gorąco. Później w samym bajorku doszedł do siebie, zresztą sami zobaczcie. ;)

Bieszczadzkie drezyny

W Bieszczadach, na trasie kolejowej Uherce – Zagórz, można przejechać się drezynami napędzanymi trochę inaczej niż to może ktoś z was pamiętać z Lucky Luke’a. Była to ostatnia atrakcja, która czekała na nas w Bieszczadach. Znowu dopisywała nam pogoda i przejażdżka drezynami była przyjemnym rozruszaniem kości przed drogą na lotnisko.

Drezyny rowerowe w Bieszczadach
Widać kto tu jest samcem alfa.

Nie chciałem wracać, wypoczynek na łonie natury, nocne rozmowy i wpatrywanie się w gwiazdy, słuchanie szumu lasu i cykania pasikoników, tak bardzo mnie relaksowały, że nie chciałem oderwać się od tej sielskiej rzeczywistości. To był niestety za krótki wyjazd. Kiedy wróciłem do zatłoczonej i pędzącej Warszawy czułem się jakbym wszedł do jakiegoś cyrku lub dżungli. Różnica między tymi dwoma światami jest tak duża, że u mnie wywołała psychiczny szok. Z drugiej strony uzmysłowiłem sobie, jak bardzo ważnym elementem dbania o własne zdrowie psychiczne są wypady na łono natury.

Dziękuję marce OSTOYA i mojej stałej ekipie w postaci Łukasza Podlińskiego i Matusza, którzy uprzyjemniali mi ten pobyt (poza momentami kiedy robili sobie ze mnie kawały…). Teraz już rozumiem, co zainspirowało twórców wódki OSTOYA, bo to właśnie w Bieszczadach zrodziła się ta marka. OSTOYA powstała z miłości do Bieszczad, ja zaś tę miłość do nich odziedziczyłem w trakcie tego wyjazdu. Na sam koniec możecie też zobaczyć filmik, który zmontował Łukasz. Koniecznie odwiedźcie Bieszczady, to jedno z najcudowniejszych miejsc w Polsce!



Tomasz SaweczkoO AUTORZE Cześć, nazywam się Tomasz Saweczko (aka Łysy), z wykształcenia jestem matematykiem. Nie jestem ani pakerem, nie chodzę do kosmetyczki co drugi dzień, ani nie traktuję ulicy jak wybiegu. Zaś męskie dbanie o siebie, to dla mnie coś więcej niż tylko wygląd... Czytaj więcej!

Moje ulubione łono to łono natury

Niedawno dotarło do mnie, że nie byłem na wakacjach od kilku lat. Nie mówię tu o jakimś mniejszym lub większym wyjeździe. Chodzi mi o taki wypad, w trakcie k...

CZYTAJ DALEJ...

Francuski szyk dla mężczyzn, odkryj sekrety codziennej ...

Obecnie bardzo rzadko zdarza mi się, że nie mogę się oderwać od jakiejś książki. Mając wiele na głowie, człowiek łatwo się rozprasza i błogie chwile zatopien...

CZYTAJ DALEJ...

Jedyny łatwy dzień był wczoraj, czyli o książce, którą ...

"Zwykły bohater", to tytuł książki Marka Owena - byłego żołnierza SEAL Team Six (elitarny oddział marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych). Zaś zwrot: "jedy...

CZYTAJ DALEJ...

Powieść o kupie, którą czyta się pysznie

Jakiś czas temu słuchałem audycji muzycznej w Czwórce. Prowadzący (nie pamiętam nawet kto) w przerwach lubował się w gadaniu nie na temat. Wspominał o swoich...

CZYTAJ DALEJ...

Rozmowy przy kawie

Podstawowa różnica między blogami, a serwisami internetowymi polega na tym, że bloger ma kontakt ze swoimi czytelnikami. To w moim przypadku ma miejsce od da...

CZYTAJ DALEJ...

33 książki, którymi możesz sprawić komuś radość

Wiem, że teksty o prezentach na święta pojawiają się teraz w internecie do znudzenia. Czasem są to jakieś kompletnie absurdalne pomysły, zwłaszcza te, na któ...

CZYTAJ DALEJ...

Czy Jeremy Clarkson jest grafomanem?

Trudno nie odnieść takiego wrażenia kiedy bierze się do ręki kolejną (już piątą!) część serii "Świat według Clarksona". Nigdy nie byłem fanem motoryzacji, "T...

CZYTAJ DALEJ...

Zawsze jest pora na dobrą kawę

Kiedy kilka lat temu zaczynałem stawiać pierwsze kroki w Warszawie, pracowałem w jednym z centrów handlowych jako promotor ekspresu do kawy. Ani mi wtedy prz...

CZYTAJ DALEJ...

Chyba nadeszła pora, żeby nauczyć się gotować

Niektórzy kochają gotować (tak jak mój znajomy bloger kulinarny Tomek). Inni kochają jeść, ale niekoniecznie gotować. Ja jestem jeszcze w tej drugiej grupie, wi...

CZYTAJ DALEJ...

Co Ty wiesz o piwie?

Alkohol tylko dla osób pełnoletnich

Myślicie, że o piwie wiecie wszystko? Postaram się wyprowadzić Was z błędu. ...

CZYTAJ DALEJ...

Podróż do Gruzji, krainy czaczą i winem płynącej

- Cześć Tomek, chcesz jechać do Gruzji?
- Spoko, a kiedy?
- No jeszcze nie wiadomo, ale za jakieś 10 dni.
- A kiedy muszę się zdecydować?
CZYTAJ DALEJ...

Podręcznik stylu dla mężczyzn, pozycja obowiązkowa w mę...

Mam dla Was dobrą wiadomość, to będzie recenzja książki, którą naprawdę warto mieć w swoich zbiorach. Otrzymałem ją dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackie...

CZYTAJ DALEJ...