X

Tomasz Saweczko

Wstęp

Dzień dobry, nazywam się Tomasz Saweczko, chociaż większość czytelników mówi już do mnie per „Łysy” i nie ukrywam, że podoba mi się ten przydomek. :) Jak już zdążyliście się domyślić: to ja stoję za tym całym zamieszaniem, któremu na imię „Facetem jest i o siebie dbam”. Formalnie rzecz biorąc, piszę bloga, ale nigdy nie chciałbym być potocznie nazywany blogerem. Kiedy zakładałem bloga miałem sporo wątpliwości, co do tego typu działalności. Blogi kojarzyły mi się z emo-16-letnimi-xoxo-dziewczynkami, które piszą jak im to życiu źle i żebrzą o lajki, które mają powstrzymać ich natłok myśli autodestrukcyjno-samobójczych. Z czasem moje zdanie na temat blogów ewoluowało, poznałem trochę ludzi z tej branży i zacząłem inaczej patrzeć na blogosferę. Inaczej nie znaczy dobrze. Nie chcę kłamać: poza nielicznymi wyjątkami blogosfera to śmiech na sali i nie chciałbym być mocno utożsamiany z tym towarzystwem. Poza tym nie chciałbym być utożsamiany z żadnym ogólnym pojęciem ani grupą społeczną. To kim jestem? Łysym gościem, który pisze różne teksty i działa w internetach.

Na początku 2017 roku wydałem moją pierwszą książkę (obecnie dostępna jest jedynie w postaci e-booka), więcej szczegółów na jej temat tutaj.

Urodziłem się trochę czasu temu – rocznik 87, w Nowym Sączu. Tam spędziłem całe szalone dzieciństwo (np. w wieku około 5 lat skoczyłem do basenu bez wody). Obecnie od 2008 roku mieszkam w Warszawie, chociaż wolałbym w Paryżu. Prowadzenie bloga to moje podstawowe i główne zajęcie. Można powiedzieć, że zajmuję się tym profesjonalnie i z rozwojem tego, co robię teraz, wiążę swoją przyszłość. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom, prowadzenie bloga nie jest wcale takie łatwe jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka (pisałem o tym szczegółowo tutaj).

Homer Simpson - kawał matematyczny

Moje wykształcenie

Za dziecka fascynowała mnie biologia i medycyna, na tyle na ile dziecko mogło się fascynować tymi naukami. Ciągle namawiałem rodziców do kupowania nowych książek na temat zwierząt lub anatomii człowieka. Marzyłem o „Zestawie Młodego Chemika”, którego nigdy nie dostałem, ale do dziś zachowała się moja teczka w biedronki, w której trzymałem wszystkie moje narzędzia zbrodni. A mianowicie: pęnsety, nożyczki, nożyki, rurki i inne cuda na kiju, które, z tego co pamiętam, służyły mi np. do uśmiercania i „preparowania” motyli. Ta biologiczno-chemiczna pasja umarła we mnie dość szybko (choć wróciła ostatnimi czasy). Później najbardziej interesowała mnie fizyka. W gimnazjum lubiłem sprawiać problemy nauczycielom, zadając im trudne pytania. Np. „co by się stało, gdyby elektrony zaczęły obiegać atom w przeciwnym kierunku?”. W liceum, ze względu na fatalny stan nauczania fizyki, porzuciłem również tę pasję i całkowicie oddałem się językom obcym i matematyce (to też właściwie język obcy). W półtora roku nauczyłem się niemieckiego i zdałem z niego maturę rozszerzoną (obok angielskiego). Przy okazji zdążyłem się też nauczyć dość dobrze łaciny (uwielbiałem się jej uczyć na lekcjach fizyki). Krótko mówiąc: od najmłodszych lat byłem raczej z tych „naukowych typów” (ale przy okazji nigdy nie stroniłem od sportu i zawsze jakiś uprawiałem).

Tabliczka z pismem klinowym

Wydawałoby się, że dalsze losy mojej edukacji powinny być łatwe do przewidzenia. Tak, po liceum zacząłem studiować matematykę. Myślałem wtedy o pozostaniu na uczelni i była to moja największa życiowa pasja. Studia rozpocząłem na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. To był jedyny kierunek i jedyna uczelnia, na którą składałem papiery. Chciałem tam iść i wiedziałem, że się dostanę, więc po co miałem marnować hajs na rekrutację na inne uczelnie lub kierunki? Po dwóch latach w Krakowie, postanowiłem podjąć eksperyment życia i wyjechałem do Warszawy w ramach tzw. „programu MOST” (taki Erasmus tylko po polskich uczelniach). Teoretycznie miałem zostać tam rok, ale jakoś tak wyszło, że mieszkam w Warszawie od 2008 roku. Kiedy przybyłem do Warszawy, podjąłem jeszcze jedną decyzję, którą można spokojnie nazwać dość ekstrawagancką. Zarektrutowałem się na drugi kierunek studiów, a mianowicie na Kulturę (Bliskiego) Wschodu Starożytnego. Uczyłem się czytać pisma klinowego, czytałem w oryginale Kodeks Hammurabiego. Serio! :) I to były naprawdę cudowne chwile mojego życia. Pisałem już wcześniej, że języki obce (niekoniecznie żywe) też były (i są) moją wielką pasją. Na tych studiach mogłem spalać się w tej pasji do woli. Z dość pragmatycznych przyczyn, po półtora roku przerwałem te studia (zresztą taktowałem je czysto hobbystycznie). Przy okazji miałem też okazję (oprócz akadyjskiego i sumeryjskiego) poduczyć się trochę klasycznego hebrajskiego. Klasyczny hebrajski plus kontekst kulturowy, który poznałem dały mi bardzo wiele świadomości na temat biblistyki, która również jest jednym z moich małych zainteresowań.

Tomasz Saweczko i Jakub Mauricz

Moglibyście zadać pytanie: po co były mi te studia matematyczne (nie mówiąc o tych drugich), skoro teraz zajmuję się czymś zupełnie innym? Istnieje kilka możliwych odpowiedzi, ale żeby nie przedłużać za bardzo: to czego nauczyłem się na studiach matematycznych (i po prostu w trakcie studiów, czytaj: doświadczenie życiowe) przydaje mi się nieustannie w życiu i pracy. Wyostrzenie zmysłu analitycznego myślenia i widzenia rzeczywistości w szerszej perspektywie – to podstawowe owoce studiów matematycznych. Dziś, chociaż nie studiuję (oficjalnie rzecz biorąc), to tak naprawdę studiuję. Moje zacięcie w kwestii treningu siłowego i odżywiania, rozwinęło się do fazy „obsesyjnej”. Na potrzeby rozwijania swojej wiedzy dokształcam się obecnie z zakresu: chemii organicznej, fizjologii, anatomii i biochemii. Będę się też musiał poduczyć statystki, której nienawidzę z wzajemnością. Chodzi o to, że do dobrego zrozumienia większości publikacji naukowych bardzo przydatne jest rozumienie statystyki. Poza tym wszystkim ostatnimi czasy uczęszczam na szkolenia u Kuby Mauricza (zdjęcie obok), godzinami rozmawiam z Adrianem Anzorge na tematy żywieniowo-treningowe i nałogowo oglądam kanał „Uwaga Naukowy Bełkot”. Można powiedzieć, że obecnie żyję między treningami, a książkami (cały ja).

Moje życie prywatne

Koteł Łysego (Dzikuska)

Być może dla niektórych z was jest to najciekawszy element tego tekstu. Z drugiej strony, nie należę do osób, które bardzo chętnie opowiadają o wszystkich swoich prywatnych sprawach publicznie. Mam w tym względzie wyznaczone pewne granice, których nie chciałbym przekraczać. Co ciekawe: wielu ludzi nie rozumie takiego podejścia i domaga się ode mnie wręcz publicznej spowiedzi na niektóre tematy (np. klasyk gatunku – pytanie o orientację i teorie spiskowe dziejów z tym powiązane). Jeśli śledzicie mojego Instagrama i/lub Snapchata, to wiecie, że na co dzień „wychowuję” kota (a właściwie kotkę). Czasami za bardzo spamuję zdjęciami z nią, ale każdy właściciel (albo raczej „opiekun”) kota doskonale chyba to rozumie. Lubię zwierzęta, są bardziej ludzkie niż ludzie. Nie kłamią, mówią jak jest, nie knują i nie snują podstępnych planów. A tak przy okazji, kicia też ma swojego Insta (odradzałem jej to, ale uparła się, że sobie założy).

Inną formą spędzania wolnego czasu jest dla mnie oglądanie seriali. Na tyle już wsiąkłem w te klimaty, że praktycznie nie oglądam filmów. Wydają mi się zbyt krótkie, żeby opisać historię. Jeśli miałbym wymieniać moje ulubione produkcje, to byłyby to następujące seriale: „Miasteczko Twin Peaks”, wszystkie odmiany „Dragon Balla”, „Fullmetal Alchemist”, „Zabójcze umysły”, „Breaking Bad” i prequel „Better Call Saul”, „Broadchurch”, „The Bridge – na granicy”, „Gra o Tron”, „Lucifer”, „Penny Dreadfull”, „Utopia”, „Rodzina Soprano”, „Detektyw”, „Dexter”, „Rodzina Borgiów”, „Rzym”, „Dochodzenie”, „Hannibal” (tak do 2-go sezonu), „Fortitude”, „Narcos”, „Wikingowie”, „Latający Cyrk Monty Pythona”, „Fargo”, „The Big Bang Theory”. Zapewne zapomniałem jeszcze kilku tytułów. Z popularnych seriali, które nie przypadły mi do gustu mogę wymienić chociażby: „House of Cards”, „Prawo ulicy” czy „Kompania Braci” (uwielbiam tematykę wojenną, ale ten serial jest po prostu śmiertelnie nudny).

Skoro wspomniałem o serialach, to powinienem również napisać coś o muzyce. Z tym mam zawsze problem, bo ciężko mi określić konkretny gatunek czy gatunki muzyki, której słucham. Dlatego zazwyczaj wymieniam moich ulubionych wykonawców: Kazik Staszewski (wszystkie jego „odmiany”), Marek Grechuta, Elektryczne Gitary, Lao Che, Świetliki, Maria Peszek, Tom Waits, Rammstein, Pink Floyd, The Cure, Kygo, James Blake, The XX, Ted Neely, Venetian Snares, soundtrack z serialu „Lucifer”.

FAQ

Sekcja FAQ stanowi osobny wpis na blogu, znajdziecie ją pod tym linkiem. Chociaż, prawdę mówiąc, z tego zrobiło się bardziej Q&A niż FAQ. ;)

Historia powstania bloga

W tym miejscu odpowiem na najczęściej zadawane mi pytanie: „Skąd pomysł na bloga?”. Otóż, dawno dawno temu zastanawiałem się nad założeniem jakiegoś biznesu w typowo „męskich” klimatach. Na początku myślałem, o sklepie stacjonarnym z kosmetykami tylko dla mężczyzn. Wpadłem na ten pomysł na podstawie złych doświadczeń w trakcie wizyt w drogeriach, czyaj: ciasno i tłumy kobiet między, którymi trzeba się przeciskać. Oczywiście taki biznes wymagałby dużego wkładu na początek i byłby obarczony dużym ryzykiem. Z drugiej strony ilekroć szukałem w internecie jakichś informacji czy to na temat kosmetyków czy też mody, zawsze lądowałem na jakichś stronach dla kobiet. Tematyka psychologiczna? Albo trafiało się na „kołczów-oszołomów” albo na bezwartościowe treści (podobne do retoryki „kołczów”). Byłem również bardzo niezadowolony jakością serwisów dla mężczyzn – począwszy od merytoryki, a skończywszy na bombardowaniu czytelników cyckami i furami. Mówiąc krótko: od dawna czułem, że nie ma w polskim internecie takiego miejsca jak to, które postanowiłem stworzyć. Ten blog powstał, żeby zapełnić sporą lukę. Stworzyłem go też dla siebie, żeby móc się w wielu tematach sam doedukować i sobie pomóc. Zaczęło się od spontanicznego stworzenia fanapge’a „Facetem jestem i o siebie dbam” we wrześniu 2012 roku. Wówczas traktowałem to jako „projekt na kiedyś”. Zresztą Nie sądziłem, że to wypali, ani że zacznie się coś dookoła tej inicjatywy dziać. Kiedy ostatecznie rzeczywistość miło mnie zaskoczyła, wkręciłem się w rozwijanie tej inicjatywy całkowicie. Byłem kompletnie zielony w temacie, na początku myślałem, że założę serwis dla mężczyzn. Dopiero potem odkryłem, że właściwie, to przecież mogę sam pisać, zamiast zatrudniać redaktorów. Długo też nie wiedziałem w jakim kierunku ostatecznie pójdę. Teraz już całkowicie wszystko wyklarowało mi się w głowie. W skrócie: ten blog powstał przypadkiem, nie wiedziałem niczego o prowadzeniu fanpage’a, marketingu, PRu czy prowadzeniu bloga. Jedyne co miałem to graniczący z pracoholizmem zapał do działania.

Moje książki

W 2017 roku udało opublikować mi się moją pierwszą książkę „Najpierw wiedza, potem rzeźba”. Obecnie książka dostępna jest jedynie w postaci e-booka na tej stronie. Aktualnie pracuję nad wydaniem tej publikacji w wersji papierowej – mam nadzieję, że uwinę się z tym do końca 2017 roku. Zachęcam też do przeczytania tekstu, w którym opowiadam o tym jak powstała ta książka i podaję sporo szczegółów na jej temat – klik.

Filozofia bloga

Hasło „Facetem jestem i o siebie dbam” budzi różne skojarzenia. Przekonałem się o tym zwłaszcza na początkach mojej działalności. Ja zaś od zawsze powtarzam, że „dbanie o siebie” w moim ujęciu to bardzo kompleksowe pojęcie. Mówiąc o „dbaniu o siebie”, myślę o człowieku jako o całości. Tzn. zarówno o ciele jak i umyśle (możecie to kojarzyć ze starogreckim pojęciem kalokagatii). Dlatego właśnie na blogu znajdują się również teksty odnoszące się chociażby do psychologii. Zresztą, na ten temat napisałem osobny tekst. :)

Najważniejsze teksty

Poniżej lista najważniejszych tekstów na tym blogu (które niekoniecznie są najpopularniejsze – najczęściej czytane). Wybrałem takie, które pokazują w jaki sposób myślę, piszę, jakie mam poczucie humoru i w jak wygląda moim zdaniem profesjonalne podejście do prowadzenia bloga (zwłaszcza chodzi o tematykę treningową i dietetyczną). Kolejność tekstów jest chronologiczna.

Sorki, chyba wyszło mi tego więcej niż 10. :)

O blogu w mediach