X
Najpierw wiedza, potem rzezba
Najpierw wiedza, potem rzezba
Jak realizować marzenia i plany?

Jak realizować marzenia i ambitne plany?

Chcesz dostać prezent od Łysego? TAK NIE

Dzień dobry, nazywam się Tomasz Saweczko. A oto moja historia. W końcu dowiecie się dlaczego wyłysiałem lub też jak z chłopca, który w dzieciństwie skoczył do basenu bez wody na główkę, wyrosłem na… No właśnie, na kogo? Może zacznę inaczej, bo chyba niepotrzebnie się przedstawiam, skoro to jakiś trzysetny tekst na moim blogu. Z drugiej strony nigdy nie zaszkodzi się przedstawić i powiedzieć dzień dobry. W tym wpisie, chciałbym wam opowiedzieć jak wyglądała moja droga zawodowa i jak dotarłem do tego miejsca, w którym jestem teraz. Tzn. do bycia całkowicie niezależnym freelancerem. Drugą część tego tekstu poświęcę mojej „teorii” realizacji celów i prywatnych ambitnych planów.

Skutki skakania do basenu bez wody

Nie wiem jakie skutki miał dla mnie skok do basenu bez wody. Miałem chyba wtedy 5 lat i zaraz po skoku urwał mi się film. Pamiętam tylko, że kiedy się obudziłem, miałem całą twarz w pokrytą plastrami. Nie przytaczam tej historii bez powodu, każde takie szalone ekscesy z dzieciństwa mają swoje znaczenie i dają pewne pojęcie o człowieku. Za dziecka robiłem jeszcze wiele innych dziwnych rzeczy. Np. prowadziłem wykopaliska w przedszkolu, szukając części do statku kosmicznego, którym polecę i pokonam Boga (serio tak myślałem!). Zajmowałem się też łapaniem i terroryzowaniem motyli, wymyślaniem własnych szyfrów i alternatywnych alfabetów i przeprowadzaniu operacji na pluszowym króliku. Najzabawniejsze jest to, że część efektów moich zabaw zachowała się po dzień dzisiejszy. Łącznie z moją walizką w biedronki, w której trzymałem różne pensety, rurki i inne narzędzia zbrodni.

Teraz sami możecie rzucić okiem na swoje dzieciństwo i zastanowić się co z tego wynika. W moim przypadku okazuje się, że od najmłodszych lat najbardziej rajcowały mnie wszelkiego rodzaju kreatywne czynności. To była cecha dominująca: odkrywca + twórca. Patrząc z tej perspektywy, na to co robię obecnie, mogę z całą pewnością powiedzieć, że udało mi się znaleźć zawód, który wykorzystuje moje najmocniejsze strony. Prowadzenie bloga jest czynnością kreatywną i wymagającą ciągłych poszukiwań, badań i odkrywania (kiedyś badałem pluszowego królika, dzisiaj czytam badania naukowe o treningu i odżywianiu i eksperymentuję na sobie). Teraz możecie jeszcze raz spojrzeć na swoje dzieciństwo i spróbujcie znaleźć w nim swoją najlepszą stronę. O wartości posiadania takiej świadomości będę pisać w dalszej części tego tekstu.

Od koszenia trawników, do rozwiązywania równań różniczkowych

Teraz w telegraficznym skrócie opowiem wam jakimi pracami parałem się przez moje życie. Co istotne większość z nich to zawody „na własną rękę”. Taką mam naturę, nie lubię mieć nad sobą szefa i wolę mieć nad wszystkim kontrolę. Pierwszą pracą, którą pamiętam było koszenie trawnika u dalszego sąsiada. Pół dnia roboty i 30zł w kieszeni. Chyba byłem wtedy gimbusem, który dostawał 40zł kieszonkowego miesięcznie. Dodatkowe 30zł stanowiło dla mnie prawdziwą wartość. W czasach nieco późniejszych, zaraz po maturze, pojechałem ze znajomymi ze szkoły do Holandii na zbieranie truskawek. To była ciężka praca od 5 rano do 22 (z przerwą w środku dnia). Po miesiącu spędzonym na polu truskawek wiedziałem jedno: praca fizyczna, to nie jest coś w czym się odnajduję. I nie chodziło do końca o kwestie siły czy wytrzymałości fizycznej (zawsze uprawiałem jakiś sport), to było z pewnością nie to. Tak dotarłem do momentu kiedy rozpocząłem studia w Krakowie na kierunku matematyka. W tym momencie pojawiły się całkowicie nowe możliwości, a mianowicie stypendia naukowe, z których długo udawało mi się korzystać (przez dwa lata miałem Stypendium Ministra). Po dwóch latach w Krakowie, wyemigrowałem do Warszawy, w której kontynuowałem studia (i przy okazji zapisałem się hobbystycznie na niszowy kierunek, na którym uczyłem się pisma klinowego i czytałem Kodeks Hammurabiego w oryginale).

Od samego początku pobytu w Warszawie podjąłem decyzję, że podejmę ostateczne kroki do całkowitego uniezależnienia się finansowo od rodziców. Na początku szło to bardzo opornie (mimo pomocy stypendiów). Zaczynałem od pracy jako promotor ekspresu do kawy w jednym ze sklepów z RTV i AGD. Powoli zaczynałem też zajmować się prywatnym nauczaniem matematyki. To okazało się strzałem w dziesiątkę. Poza przygotowywaniem licealistów do matury i studentów do kolokwiów i egzaminów, udało mi się też załapań na unijny program na uczelni, w ramach którego douczałem studentów pierwszego roku matematyki. I tak wyglądała moja kariera zawodowa przez kilka lat. Aż tu pewnego dnia wpadłem na pomysł założenia strony „Facetem jestem i o siebie dbam”. Miałem się tym nie zajmować, myślałem, że może kiedyś coś z tym zrobię. Jak to się wszystko potoczyło każdy widzi. Wbrew pozorom droga, którą przeszedłem od początku bloga, do teraz wcale nie była usłana różami. Minęły przynajmniej 2 lata zanim czas i pieniądze zainwestowane w bloga zaczęły się zwracać. Zresztą samej pracy nad blogiem poświęciłem np. ten tekst.

PZU konkurs

Jak to jest być „freelancerem”?

Po tych wszystkich latach zmagań i trudności, ostatecznie udało mi się dojść do niemal wymarzonego punktu, w którym stałem się absolutnie niezależny zawodowo. Sam sobie jestem szefem, sam ustalam ramy czasowe, w których pracuję i dysponuję czasem tak jak to uważam za słuszne. Wielu z was może wydawać się, że jest to niemal idealna sytuacja. Że lepsza jest tylko kura znosząca złote jajka, której nawet nie trzeba pilnować tylko „doić”.

Niestety istnieje czarna strona bycia freelancerem. Pierwszym problemem jest to, że jeśli ma się masę wolnego czasu i praktycznie zero narzuconych z góry obowiązków, to niejednokrotnie trzeba się zmagać z motywowaniem się do działania. Przypomnijcie sobie te wszystkie weekendy i święta, w które mieliście się więcej pouczyć. Albo (jeśli studiujecie lub studiowaliście), przypomnijcie sobie jak woziliście ze sobą książki do rodzinnego domu w trakcie przerwy świątecznej i jak nigdy do nich wtedy nawet nie zajrzeliście.

Druga sprawa jest taka, że jeśli pracujecie u kogoś, to (o ile nie jest to jakiś gułag) przysługuje wam urlop, chorobowe i inne tego typu atrakcje. Jako freelancer oczywiście można dawać sobie wolne kiedy się chce, ale rodzi to różnego rodzaju komplikacje. Po pierwsze: freelancerowi nie przysługuje płatny urlop. Po drugie: Twoje zarobki jako freelancera zależą w dużej mierze od tego ile będziesz pracować (i jak kreatywny będziesz), więc każdy urlop kosztuje Cię podwójnie (nie zarabiasz i wydajesz pieniądze na wczasy).

Trzecią sprawą związaną z byciem freelancerem takim jak ja jest to, że jeśli natrafiają mi się problemy osobiste, to od razu przekładają się w dużej mierze na moje wyniki w pracy. Wiedzcie, że jeśli jakiś bloger czy vloger przestał na dłuższy czas publikować, to prawdopodobnie nie dlatego, że mu się nie chce albo nie ma pomysłu, co dalej ze sobą zrobić (mówię o przypadku osób, które zajmują się tym profesjonalnie). Po prostu może mu się coś w życiu sypać. Może mieć ważniejsze sprawy na głowie. Jeśli zaś prowadzenie bloga lub vloga (jak w moim przypadku) jest jego głównym źródłem utrzymania, to przerwa w publikowaniu może odbić się na nim finansowo i dodatkowo pogorszyć jego sytuację psychiczną. Innymi słowy: przerwanie ciągłości w publikowaniu może mieć poważne konsekwencje. Zaś powrót do poprzedniej formy może być niezwykle trudny.

Jak zostałem profesjonalnym freelancerem?

Zobaczyliście właśnie „ciemną stronę mocy” bycia freelancerem. A właściwie główne pułapki, w które można wpaść decydując się na taki typ kariery zawodowej (a przynajmniej te, które ja dostrzegam w mojej pracy). Sam właściwie całe życie działałem na własną rękę i bez szefa, zaś samym blogowaniem zajmuję się dopiero od 3 lat. Okazuję się, że ten zawód (chociaż to też freelancing) zasadniczo różni się od tego, co robiłem wcześniej. Najważniejsza różnica jest taka, że w przeciwieństwie do uczenia ludzi, pisanie tekstów wymaga ciągłej dawki kreatywności i pogłębiania wiedzy. Wymaga nieustannej stymulacji i zaanagażowania, do tego dochodzi też interakcja z czytelnikami i spora praca nad sobą, gdy ma się do czynienia z różnego rodzaju opiniami na swój temat (ludzie w internecie nie mają ani litości ani przyzwoitości). Kiedy uczyłem maturzystów i studentów matematyki, nie musiałem się za bardzo wysilać. Z drugiej strony po pewnym czasie zacząłem od tego umierać z nudów.

Przechodząc do rzeczy (niemal), czas w którym piszę ten tekst zbiega się z moimi bardzo mocnymi przemyśleniami nad moją pracą jako blogera (choć szerze mówiąc wolałbym jakąś inną nazwę mojej profesji). Preludium do tych przemyśleń był mój kryzys w publikowaniu (jeśli śledzicie dokładniej bloga, to z pewnością to zauważyliście). Niezależnie od przyczyny tego kryzysu, kompletnie nie mogłem zabrać się do pisania. Tak jakby ktoś związał mi dłonie. Fakt, że nie pisałem napawał mnie też bardzo ponurymi myślami i czułem jakbym tracił wszystko, na co przez długi czas pracowałem (to było mało racjonalne ale przy obniżonym nastroju takie myślenie jest dość normalne). Kluczowym wydarzeniem był dla mnie też wyjazd w Bieszczady, w trakcie którego mogłem całkowicie oderwać się od wszystkiego, co mnie rozpraszało. Tym sposobem udało mi się wypracować optymalne podejście do mojej pracy jako blogera. Ostatecznie też zacząłem czuć się naprawdę jak profesjonalista w tym fachu. Albo inaczej: zaczynam czuć, że wypracowuję sobie coraz więcej profesjonalnych nawyków w prowadzeniu bloga. Do tego dzięki nim jestem w stanie lepiej gospodarować czasem i w końcu mam go więcej na to, żeby zadbać o własny rozwój (który jest ściśle skorelowany z rozwojem bloga). Dlatego też (już serio niemal przechodzę do rzeczy), wnioski, do których doszedłem, powinny być pomocne dla każdego, kto chce zapanować nad sobą.

Ok, to w końcu mogę wam opowiedzieć, w jaki sposób wyszedłem z kryzysu pisania i jakie kroki podjąłem, żeby zbudować fundamenty profesjonalnego podejścia do mojej pracy. Oczywiście raczej nie jesteście w takiej sytuacji w jakiej ja byłem. Ale wyobraźcie sobie mniej więcej taką sytuację: macie spore ambicje, plany, cele, chcecie wiele od życia; wyobrażacie sobie jak dążycie do realizacji tych celów, ale ciągle coś staje wam na drodze, a każde opóźnienie budzi waszą frustracją, bo oddala was od celu; powoli przestajecie wierzyć, że możecie żyć takim życiem jakie sobie wymarzyliście; zaczynacie akceptować, że jesteście byle jacy, chociaż chcecie być kim „bardziej”; od czasu do czasu ambicje i marzenia dają wam o sobie znać, ale nie jesteście w stanie zrobić niczego więcej poza kilkudniową mobilizacją sił; szlag was trafia i krew troista siarczysta zalewa, bo znowu przegraliście ze swoimi słabościami; i te de. Jeśli taki opis sytuacji życiowej jest wam bliski, to dalsza część tekstu, będzie dla was pożyteczna (a przynajmniej mam taką nadzieję).

1) Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Ziemię

Te słowa Archimedesa postanowiłem wykorzystać do zarysowania pierwszej idei, która stanowi bazę całej mojej „teorii”. To o czym będę pisać teraz można nazwać „psychologicznym punktem podparcia” i, wbrew pozorom, wcale nie chodzi mi o osobę, która będzie waszym oparciem w trudnych chwilach. Załóżmy (tak jak pisałem wcześniej), że macie pewne ambicje i plany. Dla ustalenia uwagi powiedzmy, że macie około 10 wielkich celów, które chcecie urzeczywistnić. Np. nauczyć się jakiegoś języka obcego, dostać jakąś pracę, wyrobić sobie nawyk czytania jednej książki na tydzień, zacząć regularnie ćwiczyć na siłowni itd. Trudno zacząć realizować te wszystkie plany jednocześnie. Moja sugestia jest następująca: wybierzcie jeden cel i realizujcie go za wszelką cenę, ignorując wszystkie pozostałe. Chodzi o to, że jeśli zdarza wam się łapać wiele srok za ogon, a potem nic z żadnej nie wychodzi, to realizacja jednego planu będzie stanowić psychiczny punkt, na którym możecie oprzeć całe dalsze działanie.

Jeśli śledzicie mnie na Snapchacie, to pewnie wiecie, że już od długiego czasu regularnie trenuję na siłowni. To właśnie był mój punkt podparcia, jedyna rzecz, której w pełni się poświęcałem pomimo sporego kryzysu, który ostatnio przeżyłem. Wszystko inne co robiłem wydawało mi się mało warte i bezsensowne, to była jedna rzecz, która dodawała mi wiary i trzymała mnie na powierzchni. Zwrócicie uwagę na to, że nie piszę teraz, że: „nie można robić wszystkiego na raz i należy zacząć od jednej rzeczy, a potem zrobić drugą”. Twierdzę zaś, że warto znaleźć sobie jedną rzecz, jeden cel, który będzie się konsekwentnie realizować.

Jeśli to się uda, to odniesiecie kilka korzyści. Po pierwsze: będziecie realizować jeden z celów, na którym wam zależy. Po drugie: wzrośnie wasze poczucie własnej wartości i pewność siebie (w końcu coś się udaje konsekwentnie robić!). Po trzecie: opierając się na tym doświadczeniu odzyskacie wiarę w to, że i inne zadania będziecie w stanie równie dobrze realizować. Po czwarte: realizowanie tego jednego celu da wam coś na kształt „psychologicznego azylu”. Tzn. realizując ten cel i poświęcając mu się będziecie mogli odseparować się od różnych „rozpraszaczy”, które towarzyszą wam na co dzień (więcej o tym będę pisać później). Moje treningi na siłowni stanowią dla mnie właśnie taki azyl, idąc na trening odłączam się od świata i zamykam się we własnym świecie wolnym od problemów i zmartwień. Dawno już to zaobserwowałem i takie zjawisko lubię nazywać „konstruktywną ucieczka”. Bo faktycznie jest to ucieczka od problemów codzienności, z drugiej strony przynosi ona sporo korzyści dla mojego zdrowia.

Istotna jest tu jeszcze jedna sprawa. Warto, żeby taki cel był jak najbardziej konkretny. Przykładowo „będę się więcej ruszać” to cel kompletnie niekonkretny i tak naprawdę nie wiadomo w jaki sposób mielibyście rozliczać się z jego realizacji.

2) Get unplugged

„Odłącz wtyczkę” brzmi, moim zdaniem, gorzej i nie oddaje istoty tego, o czym chcę pisać w tym paragrafie. Teraz chciałbym spojrzeć na kwestię realizacji ambitnych planów i celów życiowych z innego punktu widzenia. Mianowicie, wielu ludzi ma wielkie plany, które tak naprawdę nie są zgodne z ich prawdziwymi potrzebami. Inaczej mówiąc: ludzie nie znają siebie i rozumieją swoich prawdziwych potrzeb. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest kompletny chaos informacyjny, który panuje we współczesnym świecie. Z każdej strony dosięgają nas różne źródła rozpraszające naszą uwagę. Bombardują nas reklamy, które czy tego chcemy czy nie, mają wpływ na to jak postrzegamy siebie i nasze potrzeby. (Nota bene: wiedzieliście, że przeciętne dziecko w Ameryce ogląda rocznie około 40.000 reklam?). W świecie internetu, telewizji, smartfonów i stu innych urządzeń, które w zamyśle mają zaoszczędzić nasz czas, stajemy się ludźmi, którzy nie mają na nic czasu. Nie mamy czasu, żeby w spokoju pomyśleć o swoim życiu, o swoich potrzebach i o tym czego tak naprawdę potrzeba nam do szczęścia. Pomyślcie ile razy dziennie rozpraszają was powiadomienia na telefonie. Pomyślcie ile razy wdaliście się w niepotrzebne przepychanki na komentarze na Facebooku albo zwyczajnie spędziliście pół dnia na odświeżaniu internetu. Rynek zmarnowanego w internecie czasu jest warty miliardy dolarów.

Zasadnicza moja myśl jest taka: żyjemy w świecie przesyconym informacjami i w którym nowe technologie na każdym kroku nas rozpraszają i kradną nasz czas. W związku z tym trudniej jest „pochylić się” nad samym sobą i nad własnymi potrzebami. Kiedy zaś nie zna się własnych potrzeb, ciężko o wybór prawidłowych i zgodnych z nami celów. Trudno też potem je realizować. Natomiast jeśli obierze się nieprawidłowe cele, to nawet jeśli się je zrealizuje, to nie uzyska się w ten sposób poczucia satysfakcji z ich realizacji. Wręcz można wówczas odczuwać pustkę i frustrację, bo tak naprawdę zrealizowało się cel, który w gruncie rzeczy nie był kompatybilny z naszymi rzeczywistymi potrzebami. Posłużę się jeszcze raz mądrością starożytnych Greków (współcześni Grecy już nie są tak błyskotliwi): „Poznaj samego siebie!” – to słowa, które widniały na Wyroczni Delfickiej. To proste polecenie niesie za sobą wielką mądrość (zresztą niejedna genialna myśl jest zarazem niezwykle prosta lub wręcz trywialna, dla wtajemniczonych: patrz Twierdzenie Stokesa).

Przechodząc do praktycznego aspektu, tego o czym teraz pisałem. Żeby móc zacząć wsłuchiwać się we własne potrzeby potrzeba spokoju. Potrzeba również bardzo wiele czasu, więc warto opracować metody, które w stały sposób zapewnią odłączenie się od wszelkich szumów. Ja stosuję bardzo proste rozwiązania. Sprawdzam sieci społecznościowe sporadycznie i jeśli już wchodzę to zbiorczo odpisuję na wszystkie wiadomości. Poza tym wyłączyłem na telefonie powiadomienia np. ze Snapchata, żeby się nie dekoncentrować w ciągu dnia (wyłączyłem też dźwięk dla SMSów). Zamiast siedzieć i odświeżać internet zacząłem czytać więcej książek. Może taki sposób działania będzie dla niektórych z was drastyczny na początek ale pamiętajcie o punkcie nr 1 (o podparciu). Jeśli znajdziecie sobie punkt podparcia, to przynajmniej w trakcie jego realizacji powinniście być w stanie odłączyć się od wszystkich zakłóceń. Kiedy już uda wam się uwolnić od szumu informacyjnego, nie musicie tak naprawdę robić nic szczególnego, ani jakoś specjalnie koncentrować się na tym „czego tak naprawdę od życia potrzebujecie”. Wyciszenie i uspokojenie zmysłów doprowadzi do tego, że pewne odpowiedzi i rozwiązania będą wam wpadać do głowy spontanicznie. Do tego jeśli zajmiecie się jakąś wartościową rozrywką (jak czytanie książek), to szansa na to, że do głowy przyjdzie wam więcej pomysłów znacznie wzrosną.

Jest jeszcze jeden aspekt uspokajania zmysłów i wyciszania się. Chodzi mi tutaj o nieskończone sprawy (nawet te bardzo drobne). Z mojej pracy znam to doskonale. Np. maile, na które nie odpisywałem tygodniami. Odpisanie na większość z nich zajęłoby mi naprawdę niewiele czasu ale moje lenistwo w tej kwestii przechodziło wszelkie granice. Z drugiej strony ciągle myślałem o tym, że nie odpisałem na te maile. Niezałatwione sprawy będą wam ciążyć dopóki ich nie załatwicie i będą zaburzać waszą koncentrację i możliwość wyciszenia się.

3) Cierpliwość jest gorzka, a jej owoce słodkie

Nie muszę chyba tłumaczyć znaczenia powiedzenia, które użyłem powyżej. Cierpliwość uważam za jedną z najważniejszych wartości, która stanowi fundament realizacji wszelkich celów. Cierpliwość pozwala również zerwać z pewnymi „masochistycznymi” metodami w podejściu do samego siebie. Co mam na myśli? Otóż kiedy realizuje się jakiś ambitny plan, łatwo jest popaść w wir samokrytyki i zaniżać własną wartość. Załóżmy, że realizujecie jakiś cel, zajmuje wam to więcej czasu niż się spodziewaliście albo po prostu idzie wam to jak krew z nosa. Jeśli nie jesteście cierpliwi, to zaczniecie swoje niezadowolenie kierować w stosunku do samych siebie. Uznacie, że jesteście beznadziejni, niczego nie warci, że nic wam nie wychodzi. Jeśli zaś dysponujecie dużą dozą cierpliwości, będziecie w takich sytuacjach umieli podejść do siebie łagodniej: „Spoko, widocznie potrzebuję na to więcej czasu”. Dzięki cierpliwości zatem zaoszczędzicie sporo zdrowia psychicznego, bo kierowanie frustracji i gniewu do wewnątrz, to jedna z najprostszych dróg do popadnięcia w stany depresyjne. W konsekwencji wasza wydajność i umiejętności znacznie spadną.

Przy okazji, ponieważ zahaczyłem o temat depresji, to chciałbym powiedzieć jedną ważną rzecz. Jest masa inteligentnych i wartościowych ludzi, którzy przez depresję marnują swój potencjał. Tematowi depresji poświęciłem na blogu sporo tekstów (w szczególności zachęcam do lektury tekstu o dystymii). Jeśli macie podejrzenia, że to właśnie stany depresyjne stoją wam na drodze do realizacji celów, nie zastanawiajcie się i podejmijcie leczenie.

Podsumowanie

Moja „teoria” realizowania celów życiowych jest następująca. Po pierwsze: znajdźcie sobie punkt podparcia – psychiczny niezmiennik, który będzie kręgosłupem waszej wiary w siebie. Dwa: dajcie sobie szansę wsłuchania się w swój wewnętrzny głos, żeby ocenić czego tak naprawdę potrzebujecie i jakie cele są zgodne z wami. Trzy: dajcie sobie czas i bądźcie dla siebie łagodni i wyrozumiali.

Możecie też się wspomóc tym, o czym pisałem na początku a propos dzieciństwa i poszukajcie swojej najlepszej strony…

Pokaż się od najlepszej strony (konkurs)

Ponieważ ten tekst powstał w ramach współpracy z PZU, mam dla was również zaproszenie do konkursu na Instagramie pt. „Jaka jest twoja profesjonalna strona?”. W ramach tego konkursu, organizowanego przez PZU, będziecie mogli co tydzień wygrywać bony do sklepów ZARA, a w finale konkursu iPhone 6. Szczegółowe informacje na temat konkursu możecie znaleźć tutaj.

Jaka jest Twoja profesjonalna strona? PZU
Weź udział w konkursie PZU i pokaż się z jak najlepszej strony!



Tomasz SaweczkoO AUTORZE Cześć, nazywam się Tomasz Saweczko (aka Łysy), z wykształcenia jestem matematykiem. Nie jestem ani pakerem, nie chodzę do kosmetyczki co drugi dzień, ani nie traktuję ulicy jak wybiegu. Zaś męskie dbanie o siebie, to dla mnie coś więcej niż tylko wygląd... Czytaj więcej!

Jak realizować marzenia i ambitne plany?

Dzień dobry, nazywam się Tomasz Saweczko. A oto moja historia. W końcu dowiecie się dl...

CZYTAJ DALEJ...

Jak odnieść sukces w życiu?

"Jak odnieść sukces?" - kiedy wypowiadam w myślach to pytanie, to od razu mam przed oczami wszystkich kołczów i guru NLP, którzy krzyczą "jesteś zwycięzcą!"....

CZYTAJ DALEJ...

Kuźnia charakterów vol.2 (samoświadomość i samoakceptac...

W CZYTAJ DALEJ...

Kuźnia charakterów vol.1 (cierpliwość i systematyczność...

Panowie, przed wami pierwszy etap mojego autorskiego programu pracy nad sobą. Od razu ostrzegam, że jeśli ktoś z was uważa, że:

    CZYTAJ DALEJ...

Plan doskonały

Mam kilka książek dotyczących planowania i organizacji czasu. Wszystkie są śmiertelnie nudne i nie udało mi się dobrnąć do końca żadnej z nich. Ale jedno jes...

CZYTAJ DALEJ...

Jak wyrobić sobie nerwy ze stali?

"Stalowe nerwy" - to brzmi dumnie. Chciałoby się powiedzieć, że tę cechę powinien posiadać każdy facet. Czasem umiejętność zachowania zimnej krwi potrafi ura...

CZYTAJ DALEJ...

Jak pogodzić się z łysieniem?

Tzw. "prawdziwy mężczyzna" nigdy się z tym pogodzić nie może... Jego główną cechą jest przecież wytrwałość i nieustępliwość. A zaraz, zaraz! Przecież "prawdz...

CZYTAJ DALEJ...

Jesteś słoniem

Kiedyś czytałem pewną bardzo krótką książkę psychologiczną o "wyznaczaniu granic". Nie pamiętam jej tytułu, ale pamiętam nazwę jednego z zaprezentowanych tam...

CZYTAJ DALEJ...

Jak poradzić sobie z prokrastynacją?

Prokrastynacja, czyli odkładanie wszystkiego na później to jedna z cech, nad którą niezmiernie ciężko się pracuje. Mistrzami tej “sztuki” są studenci, którzy...

CZYTAJ DALEJ...

Dlaczego nie warto dyskutować z idiotami?

Na samym początku muszę w jakiś sposób zdefiniować "idiotę", żeby było wiadomo o czym mowa. Podejdę do sprawy z psychologicznego punktu widzenia, bo (jak wyj...

CZYTAJ DALEJ...

Nie mam czasu i inne kłamstwa powszednie

Nawet jeśli uważasz się za osobę prawdomówną, to raczej mało w tym prawdy... A przynajmniej jest w tym ziarno kłamstwa. Gatunek ludzki kłamie nagminnie nawet...

CZYTAJ DALEJ...